|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
1. Agnes gg: 1122757
2. Agnes.DK - od tego się zaczęło...
3. Znam naocznie
4. Śledzę...
Aleja gwiazd
Hej góry, hej góry!
Parapasja
Tygryski
|
niedziela, 28 lutego 2010
Smutno...
Dzisiaj, oglądając koncert George'a Michael'a, zdałam sobie sprawę z pewnej, obrzydliwie smutnej rzeczy: a) wszyscy artyści, których bardzo chciałabym obejrzeć na żywo, na których koncercie bym zemdlała, ewentuanie płakała, ewentuanie wyszła z siebie- abo już nie żyją albo już nie koncertują. b) koncerty współczesnych "gwiazd" rajcują mnie średnio- ani nie jestem fanem ich osobowości ani muzycznie nie wbijają mnie w krzesło. Poczułam straszną, straszną pustkę............. Już nigdy nigdy koncertowych omdleń? Już nigdy perfekcji dźwięku i obrazu?? Aż tak jestem stara??????????????????????????
poniedziałek, 22 lutego 2010
Grazie...
Kocham Włochy. Przede wszystkim za te szczyty, stoki i doliny, bombardinio, grzane wino i sery. I za tę świadomość, że jak się zmobilizujemy, wsiądziemy w auto, to w try-mi-ga możemy wdychać śródziemnomorski zapach. Zimą to chyba tak średnio ta opcja atrakcyjną jest, ale latem..... Wyobraźmy sobie latem.... Tatry razy dwa (metry) i jeszcze na dodatek Bałtyk razy półtora (stopnia Celsjusza). (przynajmniej). Może jakieś stypendium w Italii? Kredyt na domek? Znajomi tam już zamieszkujący???? ;) Wciąż nie potrafię jeździć na nartach. Umówmy się- zjeżdżam, ale od stylowej jazd leży to lata świetlne... Daję sobie jeszcze max dwa sezony na szlif. Jak się nie douczę to................. będę zjeżdżać "na ropuchę". Ale wciąż z tą samą idiotyczną frajdą w oczach :D Czy coś się równa z tymi przestrzeniami???? ![]() ![]() Czy ktokolwiek równa się z tymi narciarzami? :D ![]() Grazie Italia, wrócimy, tak łatwo się nie pozbędziecie tegorocznej Szturmo_na_Pinzolo_Gruppo!!! (gruppo=ponad 50 osób :D )
poniedziałek, 01 lutego 2010
Wiiiind of chaaaange....
Sypało, topiło się, a ja brodziłam przez pół miasta,tak ze trzy razy, w różnych kierunkach. W celu załatwiana spraw różnorakich. Ze szczęściem zmiennym, jak aura dzisiaj. Czasem śnieg czasem deszcz. A kiedy już umarłam niemal i mogłam się dorobić wodnika w kaloszach, to zadzwoniłam po taksi szmaksi. W godzinach szczytu... Szczyt głupoty, nie? No to mnie pokarało. Trafiłam na pana sztynksącego jak ostatni menel z dworca centralnego, klnącego i na dodatek wchodzącego na nieprzyjaźnie wysokie decybele. A na koniec wysadził mnie w zaspie.... Tak, nawet od-dzisiaj-pani-adiunkt musi się zmagać z zimą....... ;)
środa, 20 stycznia 2010
Tak czy nie
Szybka piłka:
Jeżeli z obeschniętych gałązek choinkowych spektakularnie i znienacka spadają na podłogę bombki (z rozbryzgiem), to czy jest to wskazówka, że choinkę należy rozebrać i zutylizować? Tak czy nie? (Jeśli odpowiesz "TAK" zapłacisz XXX,XX złotych za dojazd do Szczecina oraz spalisz XXX kalorii na zdjęcie ozdób i wyniesienie choinki na śmietnik)
wtorek, 22 grudnia 2009
czwartek, 26 listopada 2009
Click to harvest...
Powiedzmy sobie szczerze- nie jestem na etapie zbierania plonów. Gdybym była, to bym zarzucała blogusia notkami co dwie i pół godziny. A nie co dwa i pół miesiąca. Prawie. Aktualnie jestem bowiem w trakcie istnej orki. I trochę siania. Ja już doprawdy nie wiem, na ile etatów pracuję. Ja już się nie rozdwajam, ja się rozczterokrotniam. Jedyne,co w miarę ogarniam, to facebook'owa farma. Ona daje mi poczucie panowania nad rzeczywistością ;) Tam harvestuję i harvestuję do upadłego ;) (przemilczmy orkę i sianie, liczy się EFEKT ;) ) Aaaa.. no i... hmmm.. Kochani... Właściwie to mogę sobie przyznać medal gospodyni. Z okazji parapetówy pokusiłam się o własnoręczne zrobienie pasztecików...................... ...tu zaległa grobowa cisza, czytacze się zastanawiają, czy ktokolwiek z moich przyjaciół jeszcze dycha...... Więcej się naklęłam przy czytaniu przepisu niż przy samym robieniu tego jadalnego ustrojstwa. Właściwie to było jak: "click" i "harvest". Co w zasadzie sprawia, że ów medal, który sobie tak śmiało powyżej przyznałam, staje się no nie wiem... farbkami plakatowymi malowany? Ale paszteciki były smaczne. Co jeszcze... Zmiany, zmiany, zmiany. W sensie zmiany się szykują ;) Powiedzmy, że byc może dostanę nową farmę. I nowe roślinki do uprawiania. I nowych sąsiadów (pod tym kątem- a buuu...) Nie ma lekko. Się trzeba nadreptać i naklikać, zanim się plony zbierze.
poniedziałek, 19 października 2009
Śpiąca królewna ale gdzie trujące jabłko...
Nie wiem co dodają do fervexu czy innego theraflu, ale przyprawia mnie to o rozluźnienie synaps i zapadam w senny letarg. O 14!! A wstałam o 12!!! I tak z krótkimi przerwami doznałam zawiechy na CAŁĄ sobotę oraz pół niedzieli. A teraz się dziwię, jak to się stało, że weekend przemknął mi jak senne marzenie. Hmmm... Przeklęte zatoki, przeklęte niedoleczone oskrzela. No to theraflu i letaaaaaaaaaaaaaaaaaargggggggggggggggggg...
czwartek, 15 października 2009
Stęskniliście się?
W Szczecinie co prawda nie śnieży, ale pogoda taka, że mój głos daje znak, że znów będę chora.
Nienawidzę tego października AD 2009. Powkurzać Was i siebie?... No to powkurzam. Reminiscencje wakacyjne, w końcu załadowałam pliki. Sandomierz i zakotwiczone niebo. Czy widzicie ten BRAK CHMUR? ![]() Bieszczady.... W życiu bym nie pomyślała, że takie niepozorne górki mogą mnie wciągnąć. Czy widzicie ten PRAWIE BRAK CHMUR? :D ![]() Jezioro Solińskie mnie powaliło. Co prawda dopiero rower wodny "Wacek" (ha ha!)wyzwolił we mnie takie uczucia, bo ze względu na kontuzję nogi musiałam lekko ograniczyć szlajanie się po wysokościach i miałam wnerwa jak z Polańczyka do Szczecina. No ale czy widzicie ten BRAK CHMUR? :D ![]() Noga nie powstrzymała mnie co prawda od wędrowania, ale było ciężko. Dolina Sanu, tam, gdzie kiedyś kwitło życie, jest boska, ale na zawsze będzie mi się kojarzyć z uczuciem kostki, która wypływa z buta. Ani Alpy ani Tatry nie doprowadziły mych stóp i lafumek do takiej ostateczności jak Bieszczady. Żenuła! (oraz jaka ja, tak niedawno, szczupła byłam, Deprim raz!). ![]() Akcent zagramaniczny :D ![]() No i mocna końcówka. Chcieliśmy pooglądać Air Show w Radomiu. Nie zdążyliśmy na dobre dojechać, a tu JEBUT... ![]() No i utknęliśmy w owym Radomiu na dobrych parę godzin. ORAZ: Czy widzicie to PRAWIE CZYSTE NIEBO? :D ![]()
sobota, 19 września 2009
Heloł... Kil mi
Hesus, nie dość, że pozmieniali bloxa i sie odnaleźć nie mogę, na dokładkę zagubienia w pourlopowej rzeczywistości, to wciąż jeszcze wojażowej notki sklecić nie jestem w stanie.
Generalnie marznę i nie ogarniam tej kuwety. Oraz rozważam zastrzeżenie bloga. A w nurcie weekendowym serwuję Wam to: ![]() PS Ja chcę w w Bieszczadyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy..... chlip PS2 Planuję tortury dla Żabkensa, co ze mną na fajkensa wychodzi, bo mnie w FarmVille wciągnęła i teraz nie mam nawet czasu na "relaks na świeżym powietrzu". To jest muszę dyń, tudzież ryżu pilnować. A myślałam, że to mnie czeka na emeryturze :]
sobota, 12 września 2009
Ktoś mi mówi...
... napisz coś... miesiąc minął, jak cokolwiek na blogusiu skrobnęłaś....
No ale co ja mam pisać. Bo notka urlopowa wciąż dojrzewa w mojej głowie. A jej realizacja permanentnie jest powstrzymywana pracą i szarą rzeczywistością. Kolega: Jak tam po urlopie? Ja: Aaa, fajnie, ale jakoś się nie mogę odnaleźć znów w tej pracowej rzeczywistości... Kolega: Słuchaj, to może ja ci GPS'a pożyczę?..... Yes, poproszę GPS, prozac i nową pracę. PS. Drzwi wstawione!!! Dostaję klaustrofobii w kibelku normalnie!! ;) I stół jest, wielki, jak przyjdzie kryzys w związku, to posadzę Ktosia na jednym końcu rozłożonego ustrojstwa, a siebie na drugim, i będziemy do siebie krzyczeć.............Albo smsy słać :)
środa, 12 sierpnia 2009
#Remontzilla
Że tak sobie zapożyczę taga z blipusia.
Dzisiaj przeżyłam traumę i poczułam się jak w Loście. Wybyć do asystenciaka na czas kompletnej, remontowej demolki w mieszkaniu to był pikuś. Co tam targanie maneli, pokój trzy-na-trzy czy coś koło tego i jeden karaluch zadeptany w międzyczasie. Pikuś, bo nikt obcy się po asystenciakowym pokoju nie kręcił. A teraz o. Siedzimy na kartonach, w tumanach wiecznego białego kurzu. Już co prawda znajduję buty i widelec, ale mydło w płynie na przykład się rozpłynęło. To znaczy ZNAJDOWAŁAM. Bo wczoraj kolejny raz "nadejszła wiekopomna chwila" wrzucania wszystkiego do jednego pokoju. Ekipa wpadła rano, ja wparowałam po południu i z piskiem opon zahamowałam w przedpokoju. BO NIE MIAŁAM GDZIE SIĘ RUSZYĆ. Wszędzie kartony, płyty, folie, cyngwajsy niewiadomego użytku. Robię krok ku sypialni- zajęte. Ku łazience- zajęte!! Kibelek wolny, ale co ja bez drzwi zrobię? A ten stan bezdrzwiowy to mnie o traumę wielokrotną przyprawił, o czym za akapit wspomnę. No więc stanęłam, dostałam oklapu i wytrzeszczu, wytrzeszczu w poszukiwaniu kapci, ale że zostały zakleszczone płytami w szafce to tylko wzruszyłam ramionami i potuptałam obcasami w jedyną sensowną stronę, w stronę łóżka sypialnianego. Przecisnęłam się jak człowiek guma z laptopem-gumą pomiędzy szafkami, podłączyłam sprzęt, wyciągnęłam się na płasko i w przestrachu zamarłam. Z niemym krzykiem na ustach: Niech ktoś mi odda przestrzeń! Ale prawdziwa trauma dopiero miała nadejść. Bo wiecie- ściany stoją, podłogi położone, ale drzwi do toalety na ten przykład NIET. A ekipa od rana działała...................................... Niewiele mi brakuje, aby stać się prawdziwą Remontzillą. Powstać, ponapierdzielać się w klatę, wyprosić wszystkich i samej za wiertarkę złapać. Hesus.
środa, 29 lipca 2009
Przeżuj, wypluj...
To właśnie usłyszało moje Życie od Losu na początku czerwca. Przeżuwa i przeżuwa, aż do 21 sierpnia, kiedy to mnie na urlop wypluje.
Jaka ja jestem pomięta, zadeptana. Jak moje neurony pot z czoła wiotką łapką ocierają... Niech ktoś mnie przytuuuuuuuuuliiiiiiiii.................. (I wyśle na Seszele :] )
piątek, 03 lipca 2009
Dwie literki i tyle zamieszania...
Takiego stresu nie życzę najgorszemu wrogowi. Sporo przed, to już wiecie, wysypka i brak snów. A w godzinach poprzedzających punkt kulminacyjny to myślałam że zejdę i rozpłynie się po Szczecinie fama, że doktorat to "śmiercionośne zuooooooo". Upał zrobił swoje, chociaż i przy 3 stopniach Celsjusza pewnie by mi białe muszki przed oczami latały. No ale potem się wyciszyłam, znudziłam, zmęczyłam czekaniem i najchętniej to bym olała wszystko i poszła spać :D Wyjścia jednak nie miałam. Spocona jak szczurek, mimo klimatyzowanej auli, obroniłam się. Oczywiście mój wymarzony scenariusz rozjechał się z rzeczywistym lekuchno, a ja w stresowym amoku nie byłam w stanie wyprowadzić go na właściwe tory. Co zresztą do tej pory przeżywam, gdy wsuwam się pod kołdrę z nadzieją na błogość. A tu kicha- film, klatka po klatce, z całej obrony. I stres apiać od nowa. Tak, wiem, muszę go przetrawić, ale kurna dlaczego przez to wciąż chodzę niewyspana?? A niby było OK, nawet jakieś wyróżnienie czy coś.... Więc po diabła ja to rozkminiam? Jedno mogę stwierdzić na pewno- dwie literki przed nazwiskiem były poprzedzone taaaaaaaakim zamieszaniem, że na haba to ja się zdecyduję chyba w przyszłym wcieleniu :D Uściski przesyłam wszystkim za wsparcie. Komisja była naprowadzona na właściwe tory dzięki Waszym pozytywnym fluidom :D PS A Ktoś się pyta, czy piszę, że go kocham. No to napiszę: kocham Ktosia :)
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Co się dzieje, bosz...
Ze stresu głowa mi pęka. Ze stresu, bo tak normalnie, bez obron, to ja nie wiem co znaczy ból głowy. Ale pękanie czachy to pikuś, bo go NIE WIDAĆ.
Za to WIDAĆ masakryczną wysypkę na korpusie mego ciała. Znaczy się przód i tył. Z szyją i dekoltem włącznie. "Alergia na proszek do prania"- myślę sobie... "Zaraz przejdzie"- myślę sobie.... "Pomarańczowe wapienko pomoże"- myślę sobie... To się namyślałam i gówno, za przeproszeniem publiki, zdziałałam. Dopiero pillsy antyhistaminowe i pożyczony Locoid Crelo zaleczyły nieco sytuację. Tak, nie mam czasu dotrzeć na pocztę, a co dopiero do lekarza. W związku z czym korzystam z apteczek przyjaznych dusz. A tak w ogóle to nie śnię. Właściwie to nic ze snów nie pamiętam. Po przeprowadzce na czas remontu to po prostu zasypiam i budzi mnie budzik. Szlag trafił bujne scenariusze marzeń sennych. FOCH, normalnie. Żeby tak żadnych przygód? Żadnych emocji? Żadnego latania nawet ?????? Śni się, zapewne, ale po prostu nie pamiętam. I nie pamiętam, czy kiedykolwiek w życiu byłam tak zmęczona. I nie pamiętam również, czy tak bardzo wiedziałam, że nic nie wiem :(((((((((((((((((((((((( (a stres przemnożony przez milionpięćsetdwasiedemset... bo mnie się takie grono kibicujących na obronę zapowiedziało, że WSTYD NAD WSTYDY dać najmniejszą plamę........) Idę po drinka. Bo nie usnę. PS I wciąż płaczę na Man in the mirror. I w ogóle nie kumam, że już nigdy nigdy nie usłyszę tego na żywo. W oryginalnym wykonaniu. Bo wiecie, jak w wieku bardzo-mało-mało lat wpadła w moje ręce kaseta OMD i MJ (urodziny), to fochnęłam na OMD (nuuuuuuuuda) a oszalałam na punkcie MJ. A potem wszystko było jasne. Na długie lata. Thriller i przede wszystkim Bad. PS2 Rodzice mnie nie puścili na koncert MJ w "stolycy". I było pozamiatane, jak się okazało. Bo nie spotkałam go wtedy, i nie spotkam już nigdy. SHIT do kwadratu. Oraz stwierdzam, że urodziłam się za późno. I nie w tym kraju. Bo wystarczyło żyć w latach osiemdziesiątych w juesej, a szalałabym na "Billie Jean" na jakims hamerykańskim stadionie, na koncercie Jacko. I byłabym tak szczęśliwa, że w ogóle nie ma porównania. A tu kicha. Z młodzieńczych marzeń pozostał marsz pogrzebowy. Kap, kap.
środa, 10 czerwca 2009
Egzekucja
30 czerwca. Bronię rozprawy dr. A na głowie praca, projekt, remont, zlecenia statystyczne. To ja może mieszkanie sprzątnę.
czwartek, 21 maja 2009
XXI wiek
Znak naszych czasów: Pada serwer gadu i jest to jeden z głównych newsów wieczoru, he he he... PS. Ale już w zasadzie mógłby się podnieść, ten serwer....
czwartek, 14 maja 2009
Bale jakieś, dajcie spokój...
Ja przepraszam. Za ciszę. Ja żyję. Aktualnie "nieco" przed obroną pracy dr. Aktualnie nieco zagubiona w czaso-przestrzeni wydarzeń zawodowych. A w tej chwili totalnie pogubiona w tej popieprzonej klawiaturze. Bo po balu doktoranta jestem, no. NO. Nie wiem, dlaczego mi litery spod palców uciekają. Magia jakaś :] YPH. Zdrówko.
piątek, 17 kwietnia 2009
poniedziałek, 23 marca 2009
Co krachnęło a co nie
No i zdałam ten egzamin. Ale z takimi przebojami, że nikomu nie życzę. Oceny mocno pozytywne, ale co ja się nerwów najadłam, co ja warg nagryzłam, co ja na łaciną poleciałam w myślach to moje... Krach zaliczył autorytet pewnego profa. Krachu na uczelni nie widać, ale biorąc po uwagę pewne opóźnienie w moim działaniu to BEWARE :D Totalny krach za to zaliczyła kondycja Babci. Boi się jeść, bo układ pokarmowy strajkuje. W związku z czym jej łydka jest bardziej chuda niż moje przedramię, a ręka to w ogóle niż cokolwiek. O reszcie ciała nie wspominając :(( Normalnie ryczę, kiedykolwiek o tym pomyślę.
poniedziałek, 16 marca 2009
Krrrraaach...
No ja nie wiem. Gdzie się nie pojawię, tam się wszystko wali. Byłam we wrześniu w Izraelu, tak? No. Ledwo wróciłam a tu jakaś Gaza zagazowana, bomby i inne takie. Byłam w sierpniu/wrześniu na Śnieżce, tak? No. To się wali. Nie Śnieżka niby, no nie przesadzajmy, aż takich anty-orogenezowych zdolności nie mam, ale ufowata stacja IMGW się jakby rozpada. To może ja się już nigdzie nie ruszam. W szczególności na czwartkowy egzamin tfu tfu doktorski (mwaha) z inżynierii. Bo się jeszcze Wydział, tudzież Uczelnia rozpadnie. W końcu do trzech razy sztuka. Jak ma pierdyknać, to konkretnie...
środa, 04 marca 2009
Przebodźcowanie
Żyję, mam pracę (chociaż z bajerem w postaci kredytu na agnesolot to jest auto się pożegnałam nawet się z nim nie witając, czyli łork na czas określony, a buuu), a z tą pracą to milion światów, bo w pewnym momencie oferty się rozmnożyły, no ale w końcu miejsce zostaje to samo, tylko stołek zmieniam. Poza tym skopałam sobie cztery litery i ruszyłam na drogę wiodącą ku dr przed nazwiskiem, egzamy na horyzoncie oraz rzędy oceniających profów, w mej głowie jak hordy zombie w teledysku "Thriller". Na konto uczelniane przychodzi mi pierdyliard spamów z czego 99.99% pa ruskij i w ogóle nie wiem o co kaman.
Teraz już wszem i wobec wiadomo, dlaczego Agnes tak cicho siedzi. Za dużo bodźców. Zaklajstrowały mnie lekko. PS Babcia znów chora, zapalenie oskrzeli, losie no weź odpuść wiekowej kochanej kobitce!
czwartek, 05 lutego 2009
Cepry na alpejskich wysokościach
Uginam się pod ciężarem zawodowych wydarzeń, to dla rozrywki sobie powspominam Dolomity. ZIMA. Dojeżdżamy do Austrii a tam ZIMA. I w Ortisei też ZIMA. Jakiej od wiek wieków nie widziałam! I to nie że wysoko w górach czy coś. W dolinach tyyyyyllllleeee śniegu, że normalnie oczy jak pięć złotych. Ortisei cudne jest. O zmroku, o poranku, o każdej porze. I ten ich język! Naprawdę nie wiadomo, o co kaman. Język Ladyński, dopiero po jakimś czasie do mnie dotarło, że to cudo naprawdę istnieje :D Jeśli przyjdzie Wam kiedyś do głowy odwiedzić Val Gardenę, to noce polecam przespać TUTAJ. Imprezy też się tam udają... Ten wyjazd uzmysłowił mi, że ja nie jeżdżę na nartach. Bo jazda jest elegancka, szybka, zwiewna. A ja poruszam się jak rozkraczona łamaga. Małe szkolenie od współ-wyjazdowych przyjaciół, przy którym (próbując jeździć- ha ha- choć odrobinę technicznie) glebiłam dosłownie co trzy metry, pokazał to dobitnie. Pamiątki o barwie sino-czerwono-żółtej zachowałam do dzisiaj. Na nodze oraz półdupku :] Ale moi drodzy nic, nic nie było mi w stanie odebrac tej szajby radosnej z przebywania 8 godzin codziennie heeeen wysoko, męcząc się jak dzika norka i zapijając to wszystko lanczykowym piwem. Po którym to zresztą żaden stok nie wydawał się niezjeżdżalny. No, prawie... Był taki jeden odcinek czarnej trasy, na którym notorycznie traciłam świadomość, pion i uderzałam w niemy ryk. Ot, taki mały, powtarzający się incydencik ;) A wieczorami szamanko i leczenie zakwasów. Wiadomo, że na te ostatnie najlepsze jest piwo. Doświadczalnie stwierdziłam, że również inni jego kuzyni i kuzynki :] Z ciekawostek, to tradycji stało się zadość. Albowiem w drodze DO spotkaliśmy Wojtka Jagielskiego. Ktoś oczywiście zagadał, a ja oczywiście zademonstrowałam "wgap w dal". W zeszłym roku Kayah, w tym Wojtek... Ciekawe kto, jak kryzys zelży, będzie w roku przyszłym. A teraz, tadam, krótka relacja zdjęciowa. To, co tygryski ceperskie lubią najbardziej... ZIMA!!!!!!!! Piffo na wysokościach... Czy ktoś zauważa podobieństwo? Go-go na dwóch tysiacach metrów npm- bezcenne :D A na koniec zagadka: gdzie jest Agnes!?!
niedziela, 01 lutego 2009
Magnifico Dolomiti,grigio Polonia
Walczę ze stosami prania. Zgrywam i po raz sześćdziesiąty ósmy oglądam zdjęcia. Oraz patrzę za okno a tam: obrzydliwie płasko i obrzydliwie szaro. Wróciliśmy w jednym kawałku, choć nieco obitym. No przecież ja nie mogę zaliczyć żadnego wyjazdu bez rany bitej, szarpanej czy tez kłutej. Dlatego też tradycji stało się zadość i wstydliwie się obnoszę z trzema mega-hiper-gigantycznymi siniolami. Oraz ranionym-ała-palcem. Nie mam dziś siły. Idę uprawiać lekką depresję popowrotową. Relacja będzie jak już mi się znudzi ta dyscyplina ;)
piątek, 23 stycznia 2009
"Bding"- odbiła się piłka od dna
Nie było wesoło, o nie, ostatnimi tygodniami. Czułam się jak dzieciak owinięty przez starszego, wrednego brata w dywan. Tylko starszego brata brak. Reszta się zgadzała- bezradność jak u nieletniego, ciemno, ciasno, oddychać nie można. Emocjonalnie najgorsza klitka w najgłębszej jaskini.
A skoro gorzej być nie mogło, to odbiłam się jak piłka (lekarska, ha ha, nienawidzę cię wago łazienkowa) od dna. I tak powoli zmierzam w kierunku wyżyn. Również dosłownie- na jakieś milion pięćset dwa dziewięćset. Metrów. Nad poziomem morza. To jest na walizkach siedzimy. Jeszcze maaaaaało wypełnionych. Od jutra: " bondżiorno, la donna mobile, Antonio fakaldo" i takie tam oraz "hesu, czemu mi te narty najeżdżają jedna na drugą! curva! zakręt! curva!". La belle Alpy. La mafia w Dolmiti. Un cordiale benvenuto. No, to nara ;)
piątek, 16 stycznia 2009
Się naprawiło...
Poniekąd. Jak i temu bloxu. Mozilla zabluzgała dziś jedynie na jedną stronę która i tak średnio mnie interesowała, więc powiedzmy, że proces powstawania siwych włosów jest aktualnie w zawieszeniu. Tylko wytłumaczenia tego nagłego powstania z agonii nie potrafię znaleźć. Why, przeglądarko, why? Idę shopingować a potem kucharzyć. Mojemu Ktosiowi dziś zegar "ding dong! kolejny rok!" robi ;) |